. Gloom. Księga. Fav.

niesamowite przemyślenia.!
>> sobota, 15 listopada 2008 20:36:43
komentarze [2]

Music: DIDO – don’t believe in love.
Mood: niewiarygodnie nieokreślony.

Niewiarygodne.
Po prostu niewiarygodne jak ludzie potrafią sobie nawzajem uprzykrzać życie, które już i tak jest dostatecznie wypełnione przykrościami.

Jak to możliwe, że będę zmuszona do zdawania matury z matematyki? Od urodzenia ludzie są skazani na robienie rzeczy, których nie są w stanie zaakceptować (choćby jedzenie bananowej kaszki w dzieciństwie, malowanie farbami na lekcjach plastyki w podstawówce, uczęszczanie na lekcje PO w liceum), ale ile lat można to znosić?
Nie jestem w stanie zrozumieć jak można narzucać społeczeństwu zrozumienie np. funkcji, czy obliczania prawdopodobieństwa ilości banknotów, które wiatr zwiał na podłogę (*treść zadania znajduje się pod całym tekstem i niestety nie jest ona wytworem mojej wyobraźni – moje postrzeganie abstrakcyjne nie sięga aż tak daleko).

Muszę pamiętać, żeby do wszystkiego podchodzić pozytywnie i nie zniechęcać się na początku, ale nie jestem pewna, czy uda mi się uzyskać te minimalne 30%.
Moja wiedza matematyczna ogranicza się do tabliczki mnożenia i umiejętności rozwiązania najprostszych równań.
Chociaż nie wiem po co mi to ostatnie, skoro nie sądzę, żebym w przyszłości udała się do pobliskiego warzywniaka z chęcią zakupu 12x + 36 = 216 kilogramów ogórków, bo wydaje mi się, iż zostałabym wyśmiana (na dowód, iż wymyślone równanie jestem również w stanie rozwiązać, podaję wynik – 15).

Ostatnio usłyszałam, że obowiązkowa matura została wprowadzona z uwagi na trudności, z jakimi borykało się społeczeństwo przy rozwiązywaniu arkuszów podatkowych.
O czym to świadczy? Tylko i wyłącznie o tym, że jesteśmy bardzo niezaradnym narodem (wbrew większości przysłów), gdyż ja, mając problem z wypełnieniem PIT’u kupiłabym wyborczą za 1,90 z programem do jego rozwiązywania. Poza tym w gimnazjum samodzielnie udało mi się wypełnić zeznanie podatkowe, więc nie rozumiem gdzie tu problem.

Najbardziej bawią mnie próby wytłumaczenia mi, że np. funkcje (przyczepiłam się ich, bo najbardziej mnie denerwują) przydają się w życiu codziennym. Jasne – wykresy, tabelki, itd. Ale co jeszcze? No co? Będę sobie rysowała tendencję wzrostową ludzi, którzy próbują ode mnie pożyczyć kasę (kiedy już zarobię ten pierwszy milion)?
Nie uważam, żeby było ważne, że jeszcze nie do końca wiem, jak go zarobię.
Chciałabym, żeby KEN stworzył kolejną kategorię arkuszy maturalnych. Podstawowe,
rozszerzone i „przyzwoite, kreatywne dla ludzi obdarzonych ponadprzeciętnym umysłem humanistycznym”.
Już wiem. Zostanę ministrem edukacji.
Albo założę własne radio i za wyłudzoną od słuchaczy kasę, będę wiercić dziury w poszukiwaniu wody termalnej.
Może spróbuję również zostać prezydentem i wyśmiewać się publicznie z premiera, a dokładniej z jego poziomu znajomości j. angielskiego.
Myślę, że mogę stworzyć własną stronę internetową wypuszczającą różne „niusy” wyśmiewające polskie i zagraniczne gwiazdy (np. „X nie wie jak skasować bilet autobusowy!”).
Moje zapędy literackie i kreatywność są w takim stopniu rozwinięte, że mogłabym zostać redaktor naczelną własnej gazety (przypadkowy tytuł – „KLASK!”), która uświadamiałaby nieuświadomione nastolatki co do rodzajów subkultur, lub też zamieszczałaby trendi fotostory.

Jednak najbardziej prawdopodobne jest to, że będę żyła z zasiłku, bo nawet nie zaczęłam wypracowania z j. polskiego i nie uczyłam się chemii (która to już zupełnie się do niczego nie przydaję, ale tą kwestię sobie daruję, bo nie jestem zmuszona pisać z niej żadnego testu).

*Prawie zapomniałabym o treści zadania.
Jeżeli ktoś jednak jest w stanie je rozwiązać (wątpliwe), apeluję o wynik wraz ze stosownymi obliczeniami w komentarzu.
Nie napiszę, że gwarantuję nagrodę, bo nie należę (niestety!) do światka politycznego, żeby tak nieludzko kłamać.

„Na stole leżało 14 banknotów: 2 banknoty o nominale 100 zł, 2 banknoty o nominale 50 zł
i 10 banknotów o nominale 20 zł. Wiatr zdmuchnął na podłogę 5 banknotów. Oblicz
prawdopodobieństwo tego, że na podłodze leży dokładnie 130 zł. Odpowiedź podaj w postaci
ułamka nieskracalnego.”

Gloom.



Szczęście o poranku.
>> sobota, 13 września 2008 15:58:53
komentarze [5]
Music: All I Want for Christmas (znowu męczę sąsiadów, za co na pewno są mi bardzo wdzięczni)...

Czuję się przerażona swoim zachowaniem.
Słyszę od wszystkich teksty, które zlewają się w jedno zdanie: „to już liceum, weź się ogarnij, rusz tyłek!”.
Problem w tym, że jakoś mnie to nie obchodzi.
Mam problem, żeby podnieść rękę, zgłaszając się tym samym do odpowiedzi.
Czasami czuję się zmęczona banalnymi rozmowami na przerwach o niczym.
Nie chcę mi się patrzeć na trzecioklasistów roztaczających wokół ponury nastrój grozy, na drugoklasistów pełnych energii.
Na swoje odbicie w gablotkach pełnych zdjęć z wycieczek też mi się nie chce patrzeć. Irytuje mnie fakt, że zachowuję się jak „looser” siedząc pod kolejno różnymi klasami i hipnotyzuję podłogę, próbując wymyślić jakiś interesujący temat do rozmowy.
Nudzi mi się na przerwach.
Nie umiem nawiązywać kontaktów.
Wiem.
Ha! Ale i tak sądzę, że mam najlepszą klasę na świecie, o!


Gloom.



Zszyte marzenia.
>> środa, 3 września 2008 19:13:02
komentarze [8]
Music: Big Bang – Oh My Friend
Mood: zawiesiłam się.

To takie… nienaturalne.
Niby zawsze tak samo, ale jednak inaczej.
Śliska okładka, mnóstwo czystych, dziewiczych wręcz kartek.
Zawsze lubiłam, a w tym roku nie mogę się zebrać, żeby je obkleić. Czemu obkleić?
Sama nie wiem. Zwykle wygląd zeszytów mi nie przeszkadzał…
Ostatnio, będąc w Auchanie ręce same mi opadły. Brzydactwa.
Nabyłam parę z pachnącą okładką (bez komentarza – wystarczy potrzeć rysunek jabłuszka, czekolady, pomarańczy, mięty, by poczuć wspaniałą woń), standardowo – z mtv i śliczny, niestety nie ‘japan’, ale ‘planet china’, czy jakoś tak.
Tak, tak.
Sprawdziłam. Planet China. Ale stworzony we Włocławku. =.=’

I sama teraz siedzę, zastanawiam się po co to napisałam.
Może po to, żeby sobie uświadomić, jak ważny jest dla mnie rysunek L’a z Death Note’a, autorstwa kogoś z dev’a, na zeszycie od matmy.
Bo ja muszę ich (News’a, Eito, jakąś postać z Bleach’a, The Gazette) mieć przy sobie.
Mam to gdzieś, że ludzie będą pytać.
‘A co to za baby?
Po co ci to?’
Te małe, dla innych nic nie znaczące rysunki, przykryte kilogramami taśmy, są mi potrzebne. Żeby czasami się uśmiechnąć na nudnej matmie.


Gloom.




>> poniedziałek, 1 września 2008 17:58:04
komentarze [5]
Music: Maryl Streep - Mamma Mia!
Mood: maniakalno - depresyjny, niestety.

Dopiero minął jeden dzień, a już mi ta szkoła bokiem wychodzi.

Dlaczego zawsze muszę trafić gorzej od innych?

No dobra. Powinnam myśleć bardziej racjonalnie - jeszcze nawet nie znam tych ludzi. I nie mogę wiecznie oceniać po wyglądzie. Ale i tak przecież każdy tak robi...

Czuję się bardziej niż przerażona.
Po prostu... sparaliżowana przed jutrzejszym dniem.

Ja się po prostu tych ludzi, nadzwyczajniej na świecie... boję.

Haitaka w jakimś buszu się będzie integrować, a mi zostaje integracja w jakiejś poradni, gdzie pewnie padną pytania typu: 'czy chcesz powiedzieć o czymś grupie? czy masz jakieś zainteresowania?', oraz zabawy typu 'to teraz siądźmy w kółeczku i przedstawmy się!'.
Jak o tym pomyślę, to aż chciałoby mi się szkołę zmienić.
Ale tego nie zrobię.
Z jednego, aczkolwiek bardzo prostego powodu.
Jest parę ludzi w tym przybytku, których chciałabym bliżej poznać.

A poza tym postanowiłam, że już nie będę przez pierwsze dwa lata chować się pod ścianą i udawać, że mnie nie ma - za to w trzeciej klasie biegać przez korytarz i mówić wszystkim 'cześć'.
To beznadziejne, że dopiero po tak długim czasie zaczynam się do innych przyzwyczajać na tyle, by im pokazać jaka naprawdę jestem głośna i denerwująca.

Upośledzona towarzysko jestem, tak myślę.

Gloom.



Słodko.
>> czwartek, 28 sierpnia 2008 21:34:44
komentarze [10]

Music: Hey - Cisza, Ja i czas.

Wróciłam.

Pełnia szczęścia, po prostu.
Dwa tygodnie pełne tenisa (ah, te piłki fruwające nie tam gdzie trzeba), wieczorów z piosenkami o gepardach i leniwcach oraz biegów przez balkonowe płotki.
Udało mi się zdobyć niewielki autorytet wśród maluchów (no... przynajmniej coś w tym rodzaju). Zostałam nazwana wiedźmą, układali o mnie piosenki ('hop, hop, gra muzyka, zabić wiedźmie królika'), pryskali mnie odświeżaczami do toalety.

Będę tęsknić.

Za ogniskami, Narnią, rzeźbami z masła,
słodkim Wonderland'em, spalonymi przeze mnie akcjami w siatce, plastycznymi w okularach, Miśką, Anką (te kłótnie przy obiedzie o plaster z Garfieldem...), Kubusiem, Frankiem i resztą, która odwiedzała przeklęty 510.

Sprawili, że te dwa tygodnie były najcudowniejszym zakończeniem wakacji.

Arigatou gozaimasu.


Narnia. <3

Gloom.



1/2. Co ze mnie zostało?
>> niedziela, 10 sierpnia 2008 22:27:24
komentarze [5]
Image Hosted by ImageShack.us

Music: .alice nine - Rainbows <3

Znowu się zawiesiłam. Jakby tego było mało - właśnie udało mi się całkiem sprytnie zauważyć, że do końca wakacji zostało 22 dni.
528 godzin, mniej więcej.
31680 minut.
1900800 sekund.
Cholera.
Aż sama się sobie dziwię, że jestem w stanie dokonać tak skomplikowanych obliczeń. A, że jakoś tak mi się niechcący kalkulator sam włączył...
Interesujące.
Mniej więcej w takim samym stopniu jak tegoroczny jarmark. Nie wiem dlaczego, ale lubię te dzikie tłumy, które podniecają się jakimś gołym facetem z grabiami (że niby trójząb?!) i hałdami piachu z zasikaną wodą (że niby plaża?!).
Przerażające.
Boję się tej drugiej połowy wakacji.
I tego obozu, który udało mi się załatwić w ostatniej chwili.
I tych dwóch tygodni bez anime&dram.
I tego wszystkiego, co czeka mnie po wakacjach.
I tych ludzi, których spotkam.
I sama siebie się czasami boję.

Gloom.



Było i minęło. Czyli to, co Prosiaczki cenią sobie najbardziej.
>> sobota, 12 lipica 2008 00:48:39
komentarze [1]
Mrr. Wakacje. Lubię, kocham, uwielbiam.
A jak są za długie, to drę i nienawidzę.


Gwoli ścisłości. Nie porzuciłam, tylko odetchnęłam głęboko i poczułam słodki powiew weny.

Las za oknem mi szumi, a jak wyjdę na dwór, to zaczyna padać. No i burza. Ktoś rzucił na mnie klątwę, po prostu. Pewnie TY, drogi czytelniku.

No nic. Stęskniłam się za wami, po prostu. Długi ten wstęp. A, że takich nie lubię, to... przejdę do tego, co przez was znienawidzone - przeżyć i przygód mych.

Zakończenie roku było... takie... bez zakończenia. Nikt się z nikim nie żegnał, poszliśmy sobie, jakbyśmy się mieli spotkać za dwa dni. Nie lubiłam ich, oni mnie też. Hmpf. W każdym razie trochę mnie to zdziwiło. Koniec Słodkiej Natalci, koniec fałszu (być może), obłudnych min i barbie dookoła (też być może).

Cała ceremonia była dziwna. W ogóle moje byłe (jak miło to sobie uświadomić) gimnazjum dzieliło, może zupełnie nieświadomie, ludzi na trzy grupy. Nauczyciele, rodzice & świetni uczniowie & udzielający się dla szkoły i pozostali - szara masa uczęszczająca i robiąca zamieszanie. Nietrudno zgadnąć - oczywiście byłam w ostatniej grupie.

A to wszystko przez krzesła. Przecież piszę, że krzesła!
Na sali gimnastycznej były trzy rodzaje - super wygodne, drewniane, pokryte jakimś śmiesznym materiałem, który grzeje (!), jedno za 3 stówy, wiem, bo nauczycielki kiedyś pytałam. Oczywiście grupa pierwsza. Do grupy drugiej należały drewniane, normalne jak we wszystkich klasach - świetne schowki na ściągi w oparciach, ale jeśli chodzi o wygodę, to tragedia. Szara masa miała do dyspozycji wyłącznie krzesła z plastyku, cholernie tragiczny zielony kolor. Krzesła ogrodowe, OBI, 29.99 za sztukę. Marna jakość - posiadam dowód w postaci dwóch ofiar.
Jeśli znajdziecie się kiedyś na jakimś garden party i zauważycie, że jakiś nieproszony gość siedzi na owym krześle, wystarczy go zajść siedzącego od tyłu, a następnie delikatnie wygiąć jedną z tylnych nóg krzesła. Najlepiej do momentu, gdy część wygnie się do konta prostego, ale jeśli nawet trochę mniej - sztuczka też zadziała. Gość na ziemi, a wy oddalacie się, najlepiej gwiżdżąc pod nosem.
Za patent biorę dwa opakowania żelków od osoby. W każdym razie straty na ceremonii - dwie ofiary w postaci najbardziej nielubianych chłopaków w szkole, dwa połamane krzesła, jedna wkurzona wicedyrektorka, chmara zadowolonych uczniów, rodziców tychże uczniów i nauczycieli (którzy ofiar nie lubili). Do tego co chwilę na drodze do odbierania nagród, dyplomów, odznaczeń, kwiatów pojawiał się tynk, który niewielkimi płatami odpadał z sufitu.

Nie wiem dlaczego, po cholerę piszę o tych krzesłach. Za dużo słońca.

Smutek wielki i żal mnie ogarnia na myśl o niewielkiej szkole, na niewielkim wzgórzu wśród wysokich topoli. No bo ja nie dla niej. Niestety. Za duża konkurencja, za dużo osób lepszych, bardziej wartościowych ode mnie.
Szkoda.

No i wakacje.
Dzisiaj było nieźle, jutro będzie jeszcze lepiej. A wszystko tak szybko poszło - żal po szkole, która mnie nie chce, depresja z powodu nowej, szpan wśród nieznanych mi ludzi na 'naszej-klasie' i wreszcie spotkanie z częścią nowej klasy. Przebiegło bardzo burzliwie, być może sympatycznie. Ale jakby... bez mojego udziału. Niby tam byłam, słuchałam ich, patrzyłam, ale za nic się nie odzywałam. Nie wiem dlaczego. Przestraszyłam się. Wśród chłopaków, jeszcze jakoś. Ale jak dołączyły dziewczyny...
kompletnie się zablokowałam. Aż głupio mi się było z nimi żegnać, z niektórymi nawet głupiego 'cześć' nie umiałam wymruczeć.
Dziwnie się zachowałam, trudno nie przyznać. I pewnie dziwnie będzie.

Za tydzień jadę na jakąś wiochę, czy coś takiego. Mojego nastawienia do tego wyjazdu nie można nazwać 'pozytywnym'. 'No, jakoś leci' jakby powiedziała moja była (uś! cudne uczucie używać tego małego słówka!) nauczycielka od polskiego.

Jeszcze coś napiszę przed wyjazdem. Muszę się przyzwyczaić do wolności, po prostu.
Szybko mi poszło.
Podobno najważniejsze są małe radości. Od pewnego czasu nie mam żadnych problemów. Po prostu żadnych. To bardzo dziwne. Tylko... jak długo to potrwa?

Gloom.



Przekomicznie.
>> niedziela, 1 czerwca 2008 13:29:20
komentarze [4]
Mood: Arrrgh! (jak zwykle miałam wstawić obrazek, ale doszłam do wniosku, że ten zwrot bardziej trafia do potencjalnego czytelnika)

Free Image Hosting at www.ImageShack.us


Przekomiczne.
Przez caały rok sulkałam w kącie, chciałam tych przedwakacyjnych dni. No i one właśnie już są, a ja tylko siedzę w domu i oczywiście znowu sulkam, tylko z innego powodu. Gdzie tu sens?

Ależ chaotycznie zaczęłam. A! Właśnie! Dwa dni temu (30.05) rozpoczęłam bardzo burzliwy, kolejny rok swojego życia (black 15). Nie poszłam z tej okazji do szkoły na festyn (aż tak głupia nie jestem, żeby za cenę darmowych ciast brać w udział w bardzo zabawnych konkurencjach, pt" Rzut Beretem Na Odległość"). W zasadzie cały dzień siedziałam w domu, rozpracowując kawałek mojego urodzinowego prezentu (The Sims - już zdążyłam stworzyć i zabić część mojej klasy). Przerażające. I trochę żałosne.

Ostatnio (wczoraj) wpadłam w jakąś przerażającą, czarną dziurę. Czuję się jak na pokładzie futurystycznego statku ze Star Trek'a. Stoję na jego środku, a wokół mnie zamykają się po kolei wielkie, stalowe drzwi. Jeszcze tylko 10 dni, a zostanę zamknięta na tym zakichanym statku na zawsze. Tak, tak. Właśnie 10 czerwca - prawdopodobnie, chyba, że znając me cudowne szczęście akurat moje wyniki zostaną zgubione - dowiem się, jaki poziom reprezentuję (czyt. ile dostałam punktów z cholernego testu, który tak strasznie mnie przerażał przez ostatnie 3 lata swoimi przykładowymi zadaniami).
A najbardziej to denerwuje mnie to klikanie. Co za poroniony pomysł z tym elektronicznym naborem! Teraz na każdej informatyce muszę ukrywać monitor przed wścibską nauczycielką i niektórymi ludźmi. Też mi nieźle odwaliło, żeby na pierwszym miejscu wybrać szkołę, gdzie ludzie z ocenami tysiąc razy lepszymi ode mnie, boją się iść (nie poradzą sobie, podobno). To co ja mam powiedzieć? Niby jeszcze nie znam swoich ocen, ale czuję, że ten rok dobrze się nie skończy.
Z drugiej strony jestem coraz bardziej zainteresowana moją punktacją. Ciekawe, czy będę miała odwagę spojrzeć na te małe, złośliwe cyferki, które przesądzą o mojej dalszej edukacji.

Jeszcze wrócę do swoich urodzin. Nie lubię, nie toleruję, nie cierpię wręcz. Każdy udaje, że pamięta, wszyscy wyskakują w najmniej odpowiednim momencie z "wszystkiego najlepszego" (pierwszego sms'a dostałam o 6.40 rano). W ten koszmarny dzień zaczęłam się zastanawiać co takiego osiągnęłam przez te 15 lat. No właśnie nic. Znowu pojawia się w mojej głowie wizja tych zatrzaskiwanych mi przed nosem drzwi. Ja tak nie chcę! Muszę coś zrobić! Tak! Właśnie! Zrobię to! Teraz! Idę robić test na WOS, żeby wyprosić tą zakichaną piątkę!

Pytanie na dziś. Jak skończę? W górach, których szczerze nie cierpię?
Ostatnio śniło mi się, że siedzę w jakiejś chacie w górach i robię na drutach. Za oknami zaspy, w chacie nikogo oprócz mnie. I włóczki. Więc pewnie w życiu mi nie wyjdzie. Chryste, mam nadzieję, że to nie był proroczy sen.

Kyaa! Zapomniałam dodać, że gdzieś w tych okolicach miesiąca, rok temu rozpoczęłam prowadzenie tego bloga. Cud, miód i żelki. Stuknęło mi ponad 5000 odwiedzin, a i tak czuję się, jakby każde kolejne wypociny były tymi pierwszymi.
Nie wiem jak zakończyć, więc po prostu sobie idę. Robić pracę. Albo i nie, bo wizja torturowania części mojej klasy jest baaardzo pociągająca.


Gloom.



Great Mood.
>> piątek, 16 maja 2008 21:09:31
komentarze [5]
Sounds: Takacha – MOVIN!
Napis na zakrętce od Tymbarka, który wspomógł mnie duchowo i natchnął: CAŁA NAPRZÓD!


~Ohayoo!
Dawno mnie nie było, co? Kyaa! *przytula wszystkich po kolei* Rozpisałam się i wyszło sporo tego tekstu, nie powiem. Coś na długie, letnie, gorące wieczory. Zimna Ice Tea do ręki i zapraszam do lektury. O. Jak ślicznie mi wyyyszło! *.*

Ptaszki śpiewają, przyroda budzi się do życia. Poranna mgła, jest jak nić otulająca drzewa za oknem. Zakochane pary w parku, sklepy wypełnione przecenami i promienie słoneczne ogrzewające chodniki i roześmiane twarze przechodniów. Wiosna. Prawie lato.
Ojej. Jak cudownie i poetycko. Aż chciałoby się śpiewać. Czyżby?
Mój obrazek wygląda nieco inaczej.

Siedząc na fizyce muszę wysłuchiwać śpiewów jakiegoś „zdziczałego ptaka, który swoim śpiewem chce nakłonić partnerkę do nieprzyzwoitych rzeczy” (cytując nauczycielkę od biologii). Zakochanych par mam szczególnie dosyć, każdy parapet jest ich pełny. Przechodniów też mam dosyć. Oczywiście wcale nie są roześmiani, większość spocona, patrząca z wyrzutem w stronę nieba. Poza tym dla mnie wiosna, lato i maj oznaczają trzy rzeczy. Wiosna – testy, poprawianie ocen. Maj – beznadziejne urodziny (moje, jak by ktoś się nie domyślił, prezenty proszę dostarczać dopiero za dwa tygodnie). Lato – wakacje. Testy niby mam za sobą, ale ich wynik będzie się za mną ciągnął w nieskończoność.
Poprawianie ocen to już zupełna tragedia. W jeden weekend muszę zrobić dwa plakaty, dwie prezentacje i coś tam sobie przypomnieć na trzy sprawdziany. Cudownie, prawda?

Może nie cudownie, ale nieźle. To pewnie przez tą zakrętkę mam taki dobry humor. Postanowiłam, że przestanę ubierać się na czarno. Niby sporo było zalet, między innymi mogłam wbić się na jakiś pogrzeb z ulicy. Tylko po co mi to?
Zmiany zaczęłam hurtowo, pozbyłam się czarnych spodni (no dobra, trochę nieświadomie bo same się podarły) i czarnych bluzek (hmm… nie będę ukrywać, trochę się sprały i czerń bardziej przypomina szarość). Zostało mi jeszcze trochę mrocznych skarpetek, ale powoli zamieniam je na zielone i różowe. Idę w dobrym kierunku. Jeszcze tylko muszę przefarbować kota.

Tak dawno nie dawałam znaku życia, a przecież tyle rzeczy się działo…
30 kwietnia poświęciłam się i urwałam z pięciu lekcji, żeby pójść na szumnie nazwany „Festiwal Mangi i Anime” w publicznej bibliotece. Yay. Co to była za wyprawa… Sama w życiu bym się tam nie pojawiła, oczywiście potrzebowałam wsparcia w postaci podnieconej Ayumi. Po dotarciu na miejsce, z ogromnym przerażeniem stwierdziłyśmy, że przed wejściem do biblioteki stoi trzech typów. Skutecznie nas to odstraszyło, pocieszałyśmy się myślą, że zostało nam jeszcze trochę czasu. Umilałyśmy sobie czas siedzeniem na pobliskim murku. Ja obgadywałam przechodzących koło nas ludzi, a Ayu czytała pojawiający się tekst na jednym z cudów elektroniki. Tekst oczywiście pisał pewnie jakiś analfabeta / dyslektyk / wariat (niepotrzebnie skreślić), bo reklama zupełnie nie zachęcała do odwiedzenia sklepu. Chyba komputerowego. Nieważne.

Po chwili wróciłyśmy pod bibliotekę. Najczęściej pójście z Ayu-chan w nowe miejsce wygląda tak…
Ja zaczynam się trząść i sulkać. Mruczę: „ja tam nie wejdę, proszę… idźmy sobie gdzieś, jak najdalej stąd…”. Później czuję ból w okolicach prawego ramienia (motto Ayu brzmi „po to się bije, żeby bolało” – generalnie dobry argument) i zostaję siłą wepchnięta do budynku (tudzież w inne miejsce, w każdym razie do celu naszej podróży). Z mojego gardła wydobywa się dziki wrzask, gdy dosłownie przelatuję przez próg i rozbryzguję się na ścianie naprzeciwko. Wszyscy w środku zaczynają się patrzeć w naszą stronę, obie zdradzamy nagłe zainteresowanie czubkami naszych butów i pokornie drepczemy w miejscu.
Nie inaczej było tym razem.

Po chwili konsternacji, kiedy już wydreptałam wokół siebie ładny dołek, udało mi się rozejrzeć. Wokół mnie jakieś sztalugi, kartki A3 z – mówię to z bólem mojego kamiennego serca, nie było się czym zachwycać – średniej jakości rysunkami. Regał z mangami (między innymi Dr Slump 1&2, którego lekturę udało mi się zaliczyć, nieco Brzoskwinki, chyba 1 tom FMA, Nie Dziękuję 1&2, DB 1 i GTO po japońsku) a po prawej wnęka. O słodka naiwności! Przez pierwsze dwie sekundy myślałam, że śnię, widząc ogrooomny, plazmowy telewizor. Po krótkiej chwili przyszło rozczarowanie – projektor i płachta białego materiału na którym biegało jakieś brzydkie dziecko. Dziwne anime, nie rozpoznałam. Zostało przez Ayu ochrzczone „Rodziną Pytalskich”. Na pewno nie miało lepszego tytułu.

Przed projektorem parę chichoczących osób. Chwila! Przecież to… Zaraz… Ten chłopak, ta dziewczyna! Przez dwie godziny udało mi się naliczyć co najmniej 15 osób z mojej szkoły. >.< Oczywiście nikt z nikim nie rozmawiał, udawaliśmy, że nikt nikogo nie widzi. Bezskutecznie próbowałam nawiązać kontakt z jakimś chłopakiem, chyba z 1 klasy. W sumie, to podejrzewałam, że tu przyjdzie, bo kiedyś zamieniłam z nim parę słów o FMA. Ale inni… Trauma życiowa do końca życia. I pomyśleć, że przez caaały rok sulkałam na przerwach w kąciku. Co nie zmienia faktu, że dalej sulkam, ale sama świadomość, że nie jestem jakimś wyrzutkiem społeczeństwa działa na mnie uspokajająco. Poza tym do końca roku szkolnego mam misję: wybadać tego chłopaka, z którym niby gadałam i sprawić, żeby pożyczył mi jakieś mangi (niezrażony moją obecnością chwalił się, że ma w domu ponad 60!). *złowieszczy chichot* Wkopał się, nie ma co.

Cholera. Chyba się rozpisałam. A później się dziwię, że nikt moich wypocin nie czyta. A ja się tak staram, żeby było chociaż trochę ciekawie…

W kinie też byłam. Robię się coraz bardziej światowa. =.=’ Szkoda, że straciłam całe 14 złoty na taki beznadziejny film. To wina Ayumi, oczywiście. Pamiętajcie: wszystko, dosłownie wszystko, co w nazwie posiada cząstkę „doom” na pewno okaże się nic nie wartym gniotem.
Mimo wszystko „Doomsday” ogłaszam, wszem i wobec, najgłupszym, ale też najzabawniejszym filmem tego miesiąca. Daję mu całą jedną gwiazdkę na dziesięć, za reklamę samochodu, na którą niewątpliwie składa się 1/3 całego filmu. Miało być przerażająco, miał być horror. A było jedynie motto. „Jeśli jesteś głodny, skosztuj swojego przyjaciela.” Piękne, prawda? Autor scenariusza mógłby pretendować do tytułu drugiej Szymborskiej.

Może już kończąc, przytoczę bulwersujące zdarzenie, które z pewnością stanie się tematem jutrzejszej „Uwagi!”, bądź „Interwencji”.
Pojawiłam się u babci. Jak zwykle profilaktycznie. Zajrzałam do lodówki, wyjęłam sobie trochę jakiegoś bezowego tortu i usiadłam. Zwykle, kiedy już usiądę, to automatyczny znak, że pora się wyłączyć, bo wtedy babcia zaczyna mówić. Jej słuchanie nie tylko przychodzi mi z trudem. Najgorsze jest zrozumienie tego, co chce przekazać. Ja jadłam, babcia mówiła. I tak przez jakieś pół godziny. Kiedy na talerzyku nie znalazłam już żadnego okruszka, którego należałoby zniszczyć, z powrotem zaczęłam kontaktować. Chwila ciszy. I nagle usłyszałam jedno z najbardziej przerażających zdań. „Smakowało ci? Bardzo dobrze, bo wiesz, ten tort to ja wstawiłam niechcący do lodówki, ale w sumie to powinnam go wyrzucić, bo ma już z parę tygodni i podobno coś z nim było nie tak. Sąsiadka przyniosła, bo…” Reszty zdania nie udało mi się usłyszeć, pokonywałam dystans dzielący mnie od toalety.
Przerażające.

Hm. No cóż. Patrząc z dystansem na miesiąc, dzielący mnie od ostatniej notki mogę stwierdzić, że w zasadzie nic się cudownego nie zdarzyło. Przynajmniej dni szybciej mijają. A to już sukces.

To chyba na razie tyle. Na pewno zacznę się teraz pojawiać częściej, z uwagi na mniejszą ilość nauki z jaką muszę się uporać. Na zdjęciu ukochane trampki i czynność, którą zaczynam coraz częściej wykonywać. Czyli nogi na krzesło i tak przez 45 długich minut. Do tego Murakami w ręku. Cud, miód i paczka żelek. Mrr.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us


Pozdrawiam.

Gloom.



Bez udziwnionego tytułu.
>> sobota, 19 kwietnia 2008 22:34:23
komentarze [20]
Mood:
Image Hosted by ImageShack.us


Sounds:`Tackey & Tsubasa - X ~Dame~`

Ależ ja jestem zua. No po prostu zuo w czystej postaci. I wcale nie chodzi mi tutaj o przechodzenie na czerwonym świetle. Generalnie rzecz biorąc miałam już coś napisać daaawno temu, na jakiejś lekcji informatyki, ale wtedy najczęściej wszyscy mnie przekonują, że lepiej zrobię, jak wejdę na epulsa i pośmieję się z dzieci neostrady. I najczęściej daję się nabierać. W sumie to czasami nawet przerażające doświadczenie. Nieważne.

Hmm. Ostatnio doszłam do wniosku, że nie powinnam w ogóle wychodzić z domu. Wczoraj nawet udało mi się obudzić na czas, zdążyć na autobus (!). Wychodząc z autobusu kierowca na pożegnanie przytrzasnął mnie drzwiami (lubią mnie w tym ZKM’ie!). Otwierając śliczne, brązowe drzwi do swej placówki naukowej, zauważyłam, że jakoś tak… cicho. No tak. Pewnie. Znowu się spóźniłam. Nie byłoby to takie straszne, gdyby w tym momencie nie zaczynał się polski. Yh. No nic. Przecież dam radę… Zostałam wypytana dosłownie o wszystko. Dlaczego autobus się spóźnił, jak długi był korek, dlaczego do szkoły szłam, a nie biegłam, ile metrów dzieli przystanek od sali, itd., itd.
Męczy mnie ta szkoła coraz bardziej. A najbardziej ludzie, którzy do niej chodzą. Teoretycznie mogę sobie popatrzeć na sobowtóra Kamenashi’ego i Tegoshi’ego, ale myślę, że to za mało, żeby polubić te wszystkie brudne korytarze i nauczycieli podobnych z charakteru do Pustych z Bleach’a. Męczy mnie czarownica ze sklepiku, która sprzedaje chipikao po 1,70.

Pociesza mnie fakt, że jeszcze tylko dwa miesiące, a rozpocznę szkolenie do zawodu cukiernika. Ktoś chętny na torcik w kształcie Hello Kitty?

Na szczęście pewne rzeczy się nie zmieniają. Na przykład takie sobotnie wieczory. Pewnie już do końca życia będę starała się zrozumieć pokręconą fabułę Bleach’a, albo jakiegoś innego anime z kubkiem ciepłej herbaty w ręku. Niech mi tylko ktoś wmówi, że nie ma w tym żadnej magii.

Ah, no tak. Już za cudowne dwa dni będę się cholernie denerwować nad kartką papieru. Chyba zamiast męczyć klawiaturę powinnam sobie coś powtarzać, ale liczę na swoją ogromną inteligencję i wrodzoną aparycję, oraz zdolność do twórczego tworzenia wszystkiego z niczego. Mimo to, bardzo ucieszyłby mnie fakt, gdybyście trochę o mnie pomyśleli. Najchętniej zapadłabym w sen wiosenny na czas tych zakichanych testów. Dziwne, ale naprawdę zaczęło mi zależeć na tej topolówce. Jeszcze dwa miesiące temu broniłabym się wszystkimi mackami przed pójściem do tej szkoły, ale… Ale… *nie potrafi w jakikolwiek sposób dokończyć rozpoczętego zdania, za co bardzo przeprasza*
Zaczynam się martwić. To chyba jakiś pozaziemski znak, że powinnam kończyć.
Po tych beznadziejnych egzaminach na pewno coś napiszę. Najprawdopodobniej coś w stylu „Umarłam z powodu stresu. Nie czekajcie na kolejną wiadomość.” Albo… „Tak! Jestem cudowna! To wcaaale nie było takie trudne…” Wolałabym to drugie. Jednakże, jak to usłyszałam w świątyni… „ścieżki losu są niezbadane!” Apf.
Pozdrawiam. O. Może trochę zmodyfikuję dział ‘o mnie’…


Gloom.



Fools Like Me.
>> poniedziałek, 17 marca 2008 21:14:31
komentarze [11]
Mood:
Image Hosted by ImageShack.us

Sounds:`Lisa Loeb - Fools Like Me.`

`Everybody go
The party's over
I want to be alone in my head...`


Geez. Chyba zaczęłam zbyt ambitnie. W każdym razie w jakiś sposób chciałam wyjaśnić swoją krótką niemoc twórczą. Po prostu postanowiłam zrobić małe wakacje sterroryzowanym ostatnio klawiszom mej klawiatury. Mam nadzieję, że zdołacie mi wybaczyć. *składa pokłony uderzając czołem o ziemię*

Dzisiaj będzie bardzo miło i pozytywnie ogółem rzecz biorąc. Moje nastawienie do wielu rzeczy się zmieniło. O.
W każdym razie...

Właśnie podstawiam sobie nogę. I nie chodzi tu bynajmniej o różne dziwne skojarzenia. Przewracam samą siebie - komplikując swoje życie jak się tylko da. Zamiast uczyć się do jutrzejszego sprawdzianu z geografii (arrgh!) męczę klawiaturę, doprowadzając tym samym Pana K. do szaleństwa. Zamiast siedząc w autobusie (w drodze do placówki naukowej) i powtarzać sobie japoński (nie ma to 'japoński w 1 miesiąc', co u mnie oznacza miesięcy 5) słucham muzyki, patrząc przez szybę i myśląc o tym, że brak mi weny twórczej do napisania kolejnej notki. Zamiast na przerwach siedzieć pod klasą i czekać na dzwonek, biegam po całej szkole i denerwuję ludzi dookoła swoimi beznadziejnymi komentarzami dotyczącymi otaczającej mnie rzeczywistości (a w zasadzie innych istot ludzkich). Zamiast... no, nieważne. Przykładów pewnie już macie dość (zresztą tak samo jak i ja - czytając to wszystko wpadam w depresję). Czyli - marnuję swój czas i swe bezcenne życie (no to teraz się dowartościowałam, nie ma co).
Nie jestem oryginalna - do napisania tego wszystkiego natchnął mnie pewien artykuł, wygrzebany z jakiejś starej gazety. W każdym razie doszłam do wniosku, że to dosyć interesujące jak nieświadomie sami sprawiamy, że nasze umiejętności pozostają do końca niewykorzystane.

Poza tym chciałam się wszystkim pochwalić, iż dnia 6 marca Ksiądz Biskup pobrudził me czoło jakąś niezidentyfikowaną substancją, co również oznacza, iż stąpił na mnie Duch Święty. Tą całą imprezę zwaną popularnie 'bierzmowaniem' oceniłam w granicach 3/10. Między innymi dlatego, że zamiast w satynowych spodenkach i garniturku (jak uczyniła to pozostała część osiedla) wybrałam się do Świątyni w bluzie z wielką czachą na plecach. Wyszło to z mojej strony zupełnie nieświadomie (w życiu nie przyszłoby mi do głowy demoralizowanie młodzieży), aczkolwiek wzbudziłam zgorszenie wśród wspólnoty parafialnej, co mnie szczerze ucieszyło, a moją matkę doprowadziło do szału. Ale skąd mogłam wiedzieć, że w 10 stopniowy mróz każą nam się rozbierać i zakładać jakieś szarfy?! Pytanie retoryczne: trzeba było słuchać, tego co Batman mówi. Ale kto by wytrzymał ten jego niosący się echem bas?
Ayumi dzielnie mnie wspierała w glanach z różowymi sznurówkami. Ale ich niestety nie było widać.
Może... nie było tak źle. Ayumi niosła 'dary' (czyt. ciężki jak cholera kosz pełen ananasów) a ja kwiatki i puste pudełko po bombonierce zawinięte w ozdobny papier. Moja odważna towarzyszka zauważyła również siedzącą za nami babcię Visual-Kei.
Na sam koniec zrobili nam zdjęcie (Ayu-chan kupiła, czemu się szczerze dziwię, bo zdjęcie jakości Paint'owej), rozdali książeczki o seksie i pozwolili odejść.
Zziębnięta i roztrzęsiona wielkimi emocjami wróciłam do domu, pośmiałam się z książeczki i doszłam do wniosku, że więcej świątyni nie odwiedzę. Mogłam do tegoż wniosku dojść na samym początku, gdy usłyszałam z ambony od pewnego Batmana, co następuje: 'jeżeli zamiast do Kościoła, do centrum handlowych macie chodzić... *przerwa na oddech* to... to... psu na budę ten sakrament?!'.
No bo... babcia chciała, to poszłam.

Podnosi mnie na duchu myśl, że już za niecałe parę dni zaskoczę swą osobą pewnego Wampira. I Komikslandię. Empik już chyba bardziej nie da się zaskoczyć, już tyle razy mnie widział... Pewnie wena mnie do wyjazdu już nie znajdzie, nie zaskoczy i nie zaszczyci swą obecnością, dlatego... Wesołego Jajka. Cokolwiek to znaczy. Dzisiaj, uświetniając swą obecnością lekcję religii dowiedziałam się, że w Wielki Czwartek w Kościele Batmani myją stopy dwunastu mężczyznom, bo to coś symbolizuje. Chyba zrezygnuję z tych lekcji, coraz bardziej te wszystkie wiadomości przytłaczają mnie swym niewątpliwym urokiem.

Z całą swą radością muszę stwierdzić, iż prawie wszystko zmierza w obranym przeze mnie kierunku. Prawie jak jakiś samochód zdalnie sterowany. Mam nadzieję, że moje szczęście potrwa tyle, ile trwa żywotność baterii Duracell.

Poza tym, naprawdę…

Image Hosted by ImageShack.us


Gloom.



Serduszkowa masakra.
>> czwartek, 14 lutego 2008 20:48:18
komentarze [40]
Mood:
Image Hosted by ImageShack.us


Otrzymane kartki: 0. Podarowane kartki: 0 (pf.) Pożarte lizakowe serduszka: 5 (z nerwów). Ludzie, którzy zadali to beznadziejne pytanie: ‘ile dostałaś walentynek?’: 16.

Zaczęło się normalnie. Wstałam (no… raczej się zwlekłam), wypiłam herbatkę i nawet zdążyłam na autobus. Włączyłam mp3. Po minucie siadła bateria. Oczywiście nie wzięłam zapasowej. Nagle mój wzrok padł na szybę. A za szybą… na każdej latarni… Karteczki naklejone na kawałek dykty. A na karteczce, co następuje: ‘Monika, kocham cię. Przepraszam.’ Ah. Taki pusty śmiech mnie ogarnął, no bo.. w sumie… dlaczego akurat na latarni? Źle mi się to kojarzy, oj źle.
Wreszcie, pod koniec tego rekreacyjnego przejazdu, wypatrzyłam billboard: ‘Kochajmy się!’. Cholernie kreatywne. Brakowało jeszcze spadających z nieba czerwonych serduszek i kartek walentynkowych na chodniku.
Dostatecznie dobił mnie wyświetlacz w autobusie, który ciągle szczerzył się do mnie tymi czerwonymi lampkami i co 10 sekund oznajmiał: 14 luty, Dzień Zakochanych. No jakbym jeszcze nie zauważyła. W ogóle. Wcale. Nie, tylko po wejściu do szkoły dostałam oczopląsu. KAŻDY miał coś czerwonego. Tylko ja się wyłamywałam różowym. Pf. I tak nie pomogło, a do tego ludzie się co chwilę bardzo inteligentnie stwierdzali: ‘przecież ty nie lubisz różowego’. Nie. Nienawidzę. Dlatego noszę. _._ AAaa…
Ten dzień jest taki… dołujący. Zaraz zjem własną głowę. Ciekawe jak smakuje ludzki mózg *idzie spytać Hannibala*…
A miało być tak interesująco… Szkoła, to totalna masakra. Wszyscy się podekscytowali, że będzie konkurs na jakiegoś mistera, czy mastera. Jakiś chłopak zerwał plakat ogłaszający to totalnie beznadziejne przedsięwzięcie, dyrektorka się wkurzyła i konkurs odwołała.

Czy popełnię błąd, jeśli zakończę edukację na poziomie podstawowym? W Japonii żebrać mogę bez pełnego wykształcenia…

Image Hosted by ImageShack.us


Gloom.



Is anybody here?
>> piątek, 8 lutego 2008 23:31:19
komentarze [12]
Mood:
Image Hosted by ImageShack.us


Mam ochotę trochę ponarzekać. Czy to źle? Chcesz się pośmiać? Wróć za tydzień.

Włączyłam notatnik głównie pod wpływem Konayuki (chcesz posłuchać? spójrz w lewo) i dwugodzinnej rozmowy z Ayumi. Miłym stworzonkiem, które właśnie uświadomiło mi parę rzeczy.

Przede wszystkim: nie jest tak źle, jak mi się wydaje. To fakt: moja klasa to totalna porażka. Tylko czyja to wina? Moja - bo nie umiem się dopasować? Szkoły - czy klasę dziennikarską powinny tworzyć osoby ze średnią nie wykraczającą poza 2,5 i bez żadnych aspiracji? Mojego szczęścia i inteligencji - mogłam się dwa razy zastanowić nad wyborem klasy?
Nie wiem. Generalnie zostało tylko parę miesięcy w ciągu których muszę myśleć tylko o jednym: jak przetrwać. Może to brzmi cholernie melodramatycznie, jak z jakiegoś 'Rambo' czy czegoś w tym rodzaju, ale dobrnęłam do pewnego punktu w swoim życiu, który tak właśnie się nazywa. Muszę przetrwać: nie myśleć o tym, że nie mam się do kogo odezwać, z kim pośmiać, porozmawiać.
Może gdybym ćpała, piła, czy chociaż paliła, miałabym fantastycznych przyjaciół. Fałszywych? Być może...
Może gdybym śmiała się z idiotycznych żartów również miałabym z kim pogadać. Tylko z jakiego powodu mam się zmieniać, zachowywać tak, a nie inaczej?

Dlatego właśnie użyłam słowa 'przetrwanie'. Każda minuta, godzina, dzień wśród tych, a nie innych osób sprawia, że jest coraz gorzej.
Prawdopodobnie dlatego założyłam tego bloga. Potrzebni mi są ludzie, choćby byli 1000 kilometrów ode mnie, mieszkali na jakimś zadupiu. Ludzie, którzy w jakiś sposób mnie rozumieją, podzielają moje – czasami kontrowersyjne - poglądy na dany temat, o podobnym poczuciu humoru. Pewnie dlatego istnieję w sieci, odpisuję na komentarze. Potrzebuję rozmowy, niekoniecznie w realu, niekoniecznie na podniosłe tematy, dotyczące globalnego ocieplenia.
Brakuje mi przyjaciół, osób z którymi mogłabym pogadać dosłownie o wszystkim. Pewnie to jest mój główny problem. Ha! Trzeba było napisać do BRAVO, tam na pewno znalazłabym przyjaciół. xD O. Uśmiechnęłam się.
Czyli dramatyzuję. Jak zwykle.

'Nigdy nie jest ani tak dobrze, ani tak źle jak się wydaje.'

Wierzę, że się uda. Tli się we mnie reszta nadziei, że inaczej. Gorzej? Lepiej? W dużej mierze to zależy ode mnie i muszę się starać, bym nie doznała deja vu sprzed trzech lat... początek roku, stoję na sali gimnastycznej, a moja jedyna myśl to 'co ja, do cholery, tutaj robię'?
Właśnie.
Co ja, do cholery, tutaj robię?
Próbuję być zabawna, a jednocześnie pisać o rzeczach, których się boję, które mnie w jakiś sposób krzywdzą, sprawiają, że moje życie wydaje mi się nieciekawe i ponure.

To prawdopodobnie dosyć żałosny rodzaj oświadczenia, czy monologu. Ayumi pewnie użyłaby stwierdzenia 'jednak jesteś emo'.
Może i jestem? Kogo to obchodzi? Miesiąc temu to zdanie wywołałoby mój dziki wrzask, rzuciłabym czymś i tyle.
A teraz? Żadnej reakcji. Czy naprawdę muszę należeć do jakiejś grupy? Otaku, emo, metal? Czy to takie ważne? Pewnie jestem zaplutą egoistką. Ale egoistką, dla której jest ważne, do kogo mówi. I kto chce słuchać.
Jakie to dziwne... Rok temu interesowały mnie tylko żelki... Teraz interesują mnie żelki i przyszłość. Moja własna, niezbadana przyszłość.
Oh, jakie to patetyczne. Kolejna Szymborska rośnie w siłę.
Może właśnie taka jestem? Poetka za grosze, niezdolna sklecić sensownego zdania?
Czy ktoś odpowie na to pytanie?
Muszę stworzyć kolejną sondę. Tylko czy ktoś zna mnie na tyle, by wziąć w niej udział?

To wszystko co chciałam napisać. Być może zademonstrować, jaka jestem biedna i niekochana. Chciałam również podziękować.
I wyrazić swoje uznanie dla:

*Ayumi. Za rozmowę, która była mi bardziej potrzebna, niż myślisz.
*Wampisia. Że się odezwał, pojawił, że sobie jest, że chce ze mną w ogóle gadać.
*Hayami. Że była i przeprowadziła wiele rozmów o niczym, tak naprawdę.
*Remioromen. Za Konayuki.

Arigatou gozaimasu! Chociaż tyle mogę dla was zrobić.

Gloom.



Monolog.
>> niedziela, 3 lutego 2008 19:57:41
komentarze [20]
Mood:
Image Hosted by ImageShack.us


Ojej. Tak dużo osób pragnie nowej notki, że się wzruszyłam. Szkoda tylko, że nie mam o czym pisać.
W zasadzie straciłam kompletnie ochotę na napisanie czegokolwiek. Pewnie dlatego, że tuż za mną toczy się bitwa o jakąś rybę, czy coś w tym rodzaju. O. Mam. 'Uwolnić orkę II'. Łał.

*spada z krzesła*
Cholera. Nie powinnam udawać Ryuuzaki'ego i obracać się na krześle z lizakiem w paszczy. _._

Hm. O czym ja w ogóle piszę? Sama siebie już nie kontroluję. O.O A przecież powinnam się opanować, bo już 6 marca 2oo8 roku dostąpię zaszczytu bierzmowania. Tak! To naprawdę niewiarygodne, ale przedwczoraj zdałam egzamin. xD Głównie dzięki Ayumi, która jest jeszcze większą szatanisztką niż ja, ale znała wszystkie odpowiedzi na pytania, zadawane przez batmana. O.O
Przeżyłam szok. Teraz muszę jeszcze wydać 50 złotych na udekorowanie kościoła. Nawet zwariować w tym kraju za darmo nie można.

Najbardziej dobiła mnie pewna tabliczka. O! Zrobię konkurs. Gorzej z nagrodami, mogę najwyżej poświęcić opakowanie żelków. xD
W każdym razie, generalnie, chodzi mi o to, żebyście wymyślili W JAKIM CELU KTOŚ TO POWIESIŁ I CO TAM JEST NAPISANE:

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Mój blog to głównie zbiór idiotycznych sytuacji, więc wygrywają najgłupsze i najbardziej oryginalne odpowiedzi. Liczę na waszą inwencję twórczą.
Właśnie przekupiłam Ayumi. Za paczkę draży, albo żelków dostanę nowy szablon. ^^

A tak poza tym... ostatnio zaczęłam się zastanawiać do jakiego stopnia jestem sentymentalna. Pana K. nie wyrzucę przez okno, bo mi go szkoda. I kasy, którą wydałam na jego karmę. Bloga nie skasuję, bo... bo... nie. Tapety nie zmienię, bo jest na niej Ryuuzaki i w przeciwieństwie do mnie wygląda inteligentnie. Poza tym przypomina mi o Death Note. Do swojej podstawówki co najmniej raz na miesiąc łażę, żeby stare czasy powspominać (to już jest jakaś choroba). A jak widzę swoją obecną placówkę naukową, to taka wściekłość mnie ogarnia, że innej szkoły nie wybrałam.
Na pewno czai się w waszych umysłach, takie podstępne pytanie co robiłam na sylwestra. Pewnie niewiele osób to obchodzi (i bardzo dobrze, nie będę obnażać swego prywatnego życia ^^), ale w ostatni dzień roku dopadła mnie wena i prawie, prawie coś napisałam. A było tak...

31.12.2007 / 22:44, w tle NewS, KAT-TUN i The GazettE.

Co ja mogę napisać? No co?
Tak, tak. Wszyscy już chyba zauważyli, że kończy się rok 2oo7. Ha! I baaardzo dobrze. Naprawdę się cieszę. Tylko pojawia się dosyć interesujące pytanie: co będzie dalej?
Wróżką nie jestem, ale prawdopodobnie będzie tak:

*Przestanę pisać bloga, bo komputer mi wybuchnie, ale zacznie się sam wyłączać w najlepszych momentach Cartoon KAT-TUN.
*Do liceum się nie dostanę, z testu dostanę 30 pkt i zostanę cukiernikiem, ew. rzeźnikiem.
*Pan K. zachoruje i zapadnie w śpiączkę (Jin'zas, chyba mam wizje).
*Ayumi poleci do Japonii i zamieszka z Jin'em w Tokio.
*Wszyscy mnie opuszczą i polecą do Japonii (oo... czyli Polskę będę zamieszkiwać tylko ja... interesujące...)
*Do czarnego lakieru do paznokci zaczną dodawać pewien składnik, dzięki któremu żaden zmywacz nie da sobie rady.
*Ew. wpadnę pod tramwaj.

A gdybym się postarała... To może byłoby tak:

*Dostanę nowy komputer (ew. laptopa) i będę pisać z każdego zakątka świata.
*Dostanę się do liceum (cud!) i poznam mnóstwo miziastych osób.
*Pan K. napije się zmywacza do paznokci i stanie się nieśmiertelny.
*Ayumi poleci do Japonii, ale za jakieś 10 lat (Jin jest łaskawy i KAT-TUN przyleci robić karierę w Polsce) -> jeśli chodzi o ten punkt, to... tylko ja mogłabym coś takiego wymyślić.
*Wszyscy polecą do Japonii, ale razem ze mną, jednym samolotem.
*Nie wpadnę pod tramwaj, bo Ryo przyleci i mnie uratuje. x_O

Wbrew pozorom nic nie piłam. Jeszcze. Hm. W zasadzie to jedyne, czym mogę się dzisiaj upić to Piccolo. ^^
Postanowiłam zrobić sobie taki sylwestrowy przegląd...

Najlepiej było cztery lata temu, kiedy rodzicielka zostawiła mnie z babcią i ruskim szampanem za 4,50. Ha! To było piękne... W wieku 10 lat widziałam babcię podwójnie. *.*
Trzy lata temu była chyba jakaś impreza, czy coś takiego (niewiele pamiętam).
Dwa lata temu nowy rok zaskoczył mnie i Ayumi przy grze w Scooby Doo. Nie skomentuję tego.
A dziś...

Kurczę. To chyba najlepszy sylwester, jaki kiedykolwiek miał miejsce w moim życiu. No bo co jest lepsze od towarzystwa przystojniaków z Cartoon KAT-TUN, piosenek NewS'a, Never Ending Wonderful Story czy żigolaków z Ouran High School Host Club?
Taguchi'ego z rzędem temu, kto mi powie. Odpowiedzi pisać w komentarzach.
No nic. Biegnę oglądać tvn. Ah... Blog27... xD *rzuca w telewizor żelkami*

Dziwnie było.
W ogóle poprzedni rok był dziwny. A ten... mija bardzo szybko. Już nawet nie mam co czekać na ferie, bo już się skończyły.
Oczywiście musiałam odwiedzić stolicę tylko po to, żeby zrobić zdjęcie Ambasady Japońskiej. Coraz gorzej ze mną. Ale zdjęcie wklejam, bo jest całkiem ładne, podobają mi się te promienie słoneczne. ^^

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Pf. Coś mi dzisiaj nie wyszło. Ale za tydzień pewnie pójdę do kina, zdam relację, czy coś takiego. Co do sondy: dziękuję za wszystkie kliknięcia, wasze głosy poprawiły mi samopoczucie. xD
Życzę miziastych ferii, jakby je ktoś jeszcze miał.
Pozdrawiam i tulę. *.*
A! Za niecałe dwa tygodnie walentynki! Cholera. No... więc życzę wam też miziastych walentynek.

Btw... Zapałałam miłością do Ryuuzakiego. ^^

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Gloom.



Śnięta i życzenia.
>> niedziela, 23 grudnia 2007 12:10:28
komentarze [24]
Chciałam wszystkich uspokoić.
Dzisiejsza notka będzie oczywiście świąteczna, ale krótka.
Ekhm.
W gorączce świątecznych przygotowaniach mogę napisać tylko jedno: nie lubię świąt.
Polskie kolędy, które słychać dosłownie wszędzie doprowadzają mnie do szału.
Słuchanie non-stop czego chce Mariah Carey, kto zranił Georga Michaela to katorga.
Tegoroczne święta spędzę oglądając Cartoon KAT-TUN (czy ktoś wie skąd można ściągnąć 23,24,25 & 26 odcinek z napisami?), Hellsinga i czytając po raz kolejny Paradise Kiss.
W sumie całkiem miło.

Jednak najgorsze jest to, że wszystkim się wydaje, że jestem Świętym Mikołajem.
To, że kiedyś byłam tak głupia i zbierałam cały rok kasę tylko po to, żeby kupić jakiś idiotyczny świecznik w kształcie bałwanka za 10 złoty nie oznacza, że w tym roku też tak będzie, prawda?
Rozczarują się ludzie.
Zbuntowałam się i zaczynam zbierać kasę. Na jakąś japońską godzinę.
Jeśli znajdę coś naprawdę miziastego, to przynajmniej nie będę musiała żebrać. TT_TT

Ale powrócę do świąt.
Kupowanie prezentów to straszna rzecz. Nie, żebym ja praktykowała tą pozbawioną sensu czynność, ale moja rodzicielka jak najbardziej.
Wybrałam się z nią po prezent dla babci. _._
Hostessy. Aaaaaa! Ja rozumiem, że jakoś trzeba zarobić na chleb, ale ile razy można mnie pytać, czy chcę się zaopatrzyć w płyn do kąpieli w kształcie Kubusia Puchatka? No ile?
Jedna z tych wściekły bab zaczęła za mną gonić z próbkami jakiś perfum, czy coś. Uciekłam jej. Ale rodzicielce też.
Przez kolejną godzinę szukałam matki. Znalazłam ją wreszcie z czajnikiem. Babcia się ucieszy, nie ma co.

Doszłam do wniosku, że im jestem starsza, tym bardziej świąt nie trawię.
Choinkę ubrałam, ale tylko dlatego, że rodzicielka kazała. Jak włączyła kolędy, to ja próbowałam je zagłuszyć dźwiękami `Harajuku Girls` Gwen Stefani. Ha! Na szczęście mi się udało.

Jeszcze tylko mój ukochany wiersz autorstwa Wendy Cope.

`Małe dzieci śpiewają, ze śniegu lepiąc bałwana.
I w każdym domu stoi choinka pięknie ubrana.
Uśmiechnięte rodziny idą do kościoła z rana
I wszystko to jest nie do zniesienia, jeśli jesteś sama.`


TT_TT Zaraz mi komputer wybuchnie. Zaczął tak dziwnie jęczeć...

No nic.
W każdym razie chciałam złożyć wszystkim Śniąteczne Życzenia.
Bez wierszyków, które zapychają skrzynkę e-mailową.
Po prostu.

*szuka mikrofonu*
Wszystkim sympatycznym, egoistycznym, infantylnym, miziastym, j-rockowym, j-popowym, metalowym stworzonkom życzę wszystkiego, czego sobie tylko wymarzą (oprócz zawładnięcia światem, oczywiście, i tym podobnym niecnym celom).
Życzę biletów do Japonii wszystkim, którzy będą ich pragnęli.
Mnóstwo mieszkanek w dzielnicy Harajuku, w centrum Tokio itp.
Milionów cudownych mang i anime z 50% obniżką.
Miliardów konwentów z fantastycznymi ludźmi.
I biliardów przystojnych Japończyków, którzy kiedyś na pewno nawiedzą nasz kraj.
A poza tym miłych, ciepłych, rodzinnych świąt i cudownych prezentów. O.

To tyle ode mnie.

Niedawno pomyślałam, że moim marzeniem jest... stworzenie japońskiej telewizji dla dżapańczykomaniaków.
Wszystkie fantastyczne programy w stylu Cartoon KAT-TUN z napisami, japońscy komicy i wiadomości prosto z Kraju Kwitnącej Wisienki. I konkursy z nagrodami. *.*
Kyaaaa! Rozmarzyłam się.
A takie bardziej przyziemne to wyjazd z Ayumi na jakiś fajny konwent w wakacje. I fajna klasa w liceum za rok.

Temat świąt oficjalnie uznaję za zakończony.
A Sylwester? Hmmm...

Jeszcze tylko Śnięty Toraś z workiem miziastych prezentów.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Kurisumasu Omedeto!
Gloom.


Odwiedzam: Żelki. Allegore. Internetowa Spowiedź. Dramy.
wampirzyszczewhoahgazette-comedyi-wanna-hug
2007: V VI VII VIII IX X XI XII
2008: I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII
Szablon tylko dla miziastego Glumisia, HTML Wampisia i troszkę Ayumi. xD